15 kwietnia 2018

"Plan Campbella" Thomas Campbell


Wcześniej czytałam książkę Campbella seniora, dziś polecam też Campbella juniora :)


Wiem, jestem monotematyczna... Trudno. Zaczęłam nowy etap w  życiu i chcę się tym podzielić. Jeśli kobiety przechodzą kryzys wieku średniego, to ja właśnie taki w zeszłym roku zaliczyłam (nie żebym już miała 40-stke, ale wielkimi krokami się zbliża). Chwytałam się wszystkiego, żeby wyjść z "dołka". No i znalazłam. 


Okazuje się, że powiedzenie "w zdrowym ciele zdrowy duch" jest genialnie prawdziwe. Powoli moje zdrowie, to fizyczne i to duchowe, wraca na stare, dobre tory. Czy to sprawa wyłącznie zmiany jedzenia? Nie sądzę, ale wiem, że ma ono bardzo duży wpływ na nasze postrzeganie świata i siebie. Zmiana na lepsze zawsze rozwija. Paradoksalnie w moim przypadku, zdrowe odżywianie, przesunęło akcent z dbanie o wszystkich kosztem wykańczania siebie, na dbanie o siebie, by być dla innych.  Dziś już wiem, że jeśli wezmę na siebie za dużo, nie podołam podstawowym zadaniom (niestety niektóre zobowiązania muszę dokończyć, choć wiem, że są destrukcyjne).  Wiem też, że jeśli np. się nie wyśpię, następnego dnia będę sfrustrowana, przemęczona i zła na cały świat.  Kiedyś wszystko inne było ważniejsze, dziś staram się powolutku to zmieniać. Jasne, świat jest ważny, ale jeśli będę przemęczona, zła i głodna, to nic w tym świecie nie zrobię. A  moje ja mi cały czas daje znak, aby się wreszcie nim zajęła. No to się zajmuję - jestem początkująca w tej dziedzinie, więc wpadki są nieuniknione. Ale idzie mi całkiem dobrze. 



Przyznaję, że potrzebuję takich książek, jak ta, aby motywować się i utwierdzać w  mojej drodze ku dobremu. No bo przecież wszyscy wiemy, że śmieciowe jedzenie jest dla nas toksyczne, a chemia do niego dodawana powoli nas zabija. A jednak strasznie trudno jest zmienić dietę. Brak czasu, wygoda, dostępność produktów, lenistwo, pieniądze, brak edukacji w zakresie żywienia - to tylko niektóre wymówki i przyczyny braku próby zmiany. Największym jednak jest UZALEŻNIENIE.  To z nim trzeba najdłużej walczyć...



Dr. Thomas Campbell jak dobry lekarz, prowadzi nas za rękę pośród zawiłości zdrowego odżywiania. Z jednej strony daje nam ogromną porcję wiedzy medycznej, z drugiej konkretne porady na wypadek, gdybyśmy "utknęli" w teorii.  Jest tu zatem i wykład o cukrze, oleju i modnych suplementach, jak i propozycja menu, lista zakupów i konkretne przepisy dla kulinarnych żółtodziobów. Dla mnie strzał w 10!


moja zdrowa dieta wcale nie jest nudna i mdła...


(...) to co ty jesz, co ja jem - ma ogromny wpływ na nasze zdrowie. Żywność ma większą moc uzdrawiania niż cokolwiek, co może ci przepisać lekarz". (s. 222)



Polecam i smacznego!.
Anna M













8 kwietnia 2018

"Nowoczesne zasady odżywiania. Przełomowe badanie wpływu żywienia na zdrowie" T. Colin Campbell, Thomas M. Campbell II


Mój dietetyczny coming out... 


"Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych żyją w dobrobycie i z tego powodu umierają. Codziennie ucztujemy jak królowie i to nas zabija" (s. 121)


Książkę Campbella poleciła mi koleżanka, która od wielu lat nie je mięsa. Zaczęłam więc czytać z prawdziwym zaciekawieniem, które z czasem przerodziło się w, nomem omen, "pożeranie" kolejnych rozdziałów... 


I tu należy się pewne wyjaśnienie. Dołączyłam do roślinożerców jakieś 5 miesięcy temu, ale zrobiłam to zupełnie intuicyjnie. Co prawda zdarzały mi się okresowe odstępstwa od weganizmu i daleko mi od ideologi obrońców praw zwierząt, ale każdy powrót na "zieleninę" odczuwałam z ulgą, ku własnemu zaskoczeniu...


Moje powody rezygnacji z produktów odzwierzęcych są prozaiczne - zwykła chęć poprawy stanu zdrowia. Od wielu lat byłam ciągle na jakiejś diecie, z większym lub mniejszym sukcesem. Chyba już byłam zmęczona ustawicznym liczeniem kalorii, unikaniem słodyczy i dla odmiany rzucaniem się na nie. Byłam zniechęcona, a fast foody przejęły kontrolę nade mną i moim życiem. Dieta roślinna, oparta wyłącznie na nieprzetworzonych produktach wydała mi się naturalna. Zmęczyło mnie śmieciowe jedzenie, które może i było niskokaloryczne i przynosiło oczekiwane rezultaty odnośnie spadku wagi, ale czy było zdrowe? NIE.


Początki były trudne, chyba głównie przez moje złe nawyki i slogany powtarzane przez przez znajomych, jakoby weganizm był czystą i do tego niezdrową fanaberią.  Pierwszy miesiąc, nie będę ukrywała i koloryzowała, był koszmarny. Wszędzie czaiło się jedzenie, a sery wręcz kusiły (robią to do dziś, szczególnie te pleśniowe). Z łatwością zrezygnowałam z mięsa, ale nabiał to już inna bajka. Wreszcie się udało! Ostatnia "przeszkodą" do pokonania była... moja mama. Ostatecznie przekonały ja dopiero szczegółowe wyniki badań laboratoryjnych (w życiu nie pobrano mi tyle krwi), do których mnie oczywiście zmusiła i za które na szczęście sama zapłaciła. Wbrew jej oczekiwaniom (o ironio) wszystkie odczyty znacznie się poprawiły, a ja nigdy wcześniej nie miałam tak niskiego poziomu cukru, cholesterolu, a zarazem wysokiego poziomu żelaza i wapnia! Za zmianami odżywiania szły oczywiście zmiany w gotowaniu. Dziś jem proste potrawy, najczęściej gotowane na parze lub pieczone w piekarniku, dużo surowych warzyw, kasze, bakalie, owoce. Kupiłam obrzydliwie drogi blender ze szklanym kielichem, żeby się zmobilizować do robienia zielonych, warzywnych  koktajli. Przecież skoro wydałam tyle kasy na sprzęt, to teraz trzeba "mielić" ile się da! I to był strzał w dziesiątkę, choć początkowo mdliło mnie już po pierwszym łyku, dziś ze smakiem piję codzienną porcję naturalnych "witaminek" :) Wystarczyła cierpliwość i determinacja, aby zmienił mi się smak (zresztą i tak ograniczony, jak wiecie).




mój zdrowy obiad
Zatem jako początkująca weganka sięgnęłam po książkę z ciekawością i pewnymi oczekiwaniami i otrzymałam wiedzę, którą chyba powinnam mieć na początku mojej drogi, więc z miłą chęcią nadrobiłam zaległości "naukowe". Przede wszystkim zrozumiałam, że nie jestem weganką! Okazuje się, że moja intuicyjna dieta to NPR, czyli odżywianie oparte na nieprzetworzonych produktach roślinnych. Nieco się też uspokoiłam, czytając między innymi o tym, że powinniśmy ograniczać białko i tłuszcze (bo przecież zewsząd krzyczą o proteinowych batonach, odżywkach, koktajlach). Dieta roślinna przeciwdziała wielu chorobom, a unikanie mięsa może przynieść tylko korzyści. 





"Wszystkie powyższe choroby, oraz wiele innych, rozwijają się z tego samego powodu: niezdrowej w dużej mierze toksycznej diety i niezdrowego stylu życia, wypełnionych czynnikami promującymi choroby i zbyt ubogich w czynniki wspierające zdrowie. Innymi słowy, z powodu diety zachodniej. Z drugiej strony znana jest dieta, która przeciwdziała wszystkim tym chorobom: pełnoziarnista dieta roślinna" 


Zdrowie - to była moja pierwsza motywacja. Druga - no oczywiście, że zrzucenie zbędnych kilogramów raz na zawsze. I to działa! Powoli, bez wysiłku i rygorystycznego ograniczania jedzenia, waga naturalnie spada :) Hmmm - taki uboczny efekt ;) Jakaż to odmiana w porównaniu z milionem wcześniejszych diet, które stosowałam. 


"Stosowanie specjalnych programów utraty zbędnych kilogramów i łykanie pigułek w celu zmniejszenia apetytu czy zmiany metabolizmu to nasz narodowy sport. (...) Czemu więc bezustannie próbujemy nowych diet, koktajli, batonów energetycznych i wierzymy w poradniki o odchudzaniu, skoro nie spełniają swoich obietnic?" (s.149)



Ale książka to nie tylko biochemiczne laboratorium i analiza wieloletnich badań. Po "naukowej" części, autor przechodzi do praktycznych wskazówek i omawia 8 zasad odżywiania i zdrowia. Okazuje się, że są one mi bliższe, niż wcześniej mi się zdawało. Unikanie suplementów diety, ograniczanie białka, wyrzucenie oliwy, przejście na dietę roślinną, zdrowy tryb życia, unikanie stresu - to tylko wybrane zasady. Chodzi o trwałe zmiany, nie tylko te powierzchowne i czasowe. Życie jest w naszych rękach - zdrowe i szczęśliwe życie.


"Proces jedzenia jest prawdopodobnie najbardziej intymna interakcja z naszym światem; to, co jemy, staje się częścią naszego organizmu" (s. 247)



Anna M.







25 marca 2018

Beata Pawlikowska "Śniadania świata"



Wczoraj (sobota) byłam w pracy - konkurs matematyczny... Obiecałam sobie, że jeśli czekając na moją uczennicę ocenię wszystkie sprawdziany, żeby mieć raz wreszcie wolną niedzielę, to kupię sobie jakąś książkę. No i wróciłam z 3 książkami o... jedzeniu... Pół nocy czytałam, a dziś od rana gotuję...





Na pierwszy ogień poszła książka mojej ulubionej autorki Beaty Pawlikowskiej. Przepięknie wydana, pełna kolorowych zdjęć, wspaniałych przepisów i tak smakowitych potraw, że czytając ją, byłam coraz bardziej głodna...  Nad ranem wreszcie postanowiłam zajrzeć do kuchni! I tu winna jestem pewne wyjaśnienie - przez ten rok nieobecności na blogu, powoli przeszłam na weganizm.  Bez ideologicznego zacięcia, więc zdarza mi się ze spokojem zjeść coś normalnego, zwłaszcza, gdy jestem u znajomych.  Przeprowadziłam się też i teraz mam większą kuchnię, z prawdziwym oknem! Jesienią sporo chorowałam i postanowiłam całkowicie zmienić podejście do jedzenia. Zainspirowała mnie własnie pani Beata, bo choć od wielu lat czytam jej książki, zawsze jakoś nie starczało mi odwagi, aby zacząć żyć według jej podpowiedzi. Zaczęłam od kuchni - w pewien sierpniowy dzień, zrobiłam porządek w szafkach i pozbyłam się przetworzonego, śmieciowego jedzenia. Sam proces przestawiania się na kuchnię wegańską trwał 2-3 miesiące, bo o ile nie miałam problemów z rezygnacją z mięsa, o tyle wyrzeczenie się moich ukochanych serów, było już dużym wyzwaniem.  Nawet dziś, od czasu do czasu, pozwalam sobie na kawałek sera pleśniowego - nie mam z tym problemów... 





Mój dzisiejszy obiad - własnoręcznie zrobione razowe tortille,
kasza quinoa z warzywami i yerba mate...



Zaczęłam zatem eksperymentować w kuchni - wiedzieliście, że można upiec nawet ciasto drożdżowe bez jajek, masła i mleka?  Poświęciłam więcej uwagi na obserwacje swojego organizmu, wcześniej chodzę spać (to też jest wyzwanie - i to każdego wieczoru). Mnóstwo czytam na temat zdrowego stylu życia,  a już wisienką na torcie był moment, gdy tuż obok mnie otworzono sklep eko...











zdrowa i pełnowartościowa owsianka z owocami i napar z imbiru z cytryną

Książka "Śniadania świata" wpisała się doskonale w moją nową koncepcję jedzenia. Dzięki Beacie Pilikowskiej zaczęłam  jeść ciepłe śniadania. Często jest to zupa z soczewicy z warzywami lub z ryżem. Do pracy zabieram samodzielnie zrobioną owsiankę z owocami. A w lodówce mam zawsze warzywne curry...  Wracając do śniadań - pani Beata opisuje potrawy z najdalszych i najbardziej egzotycznych zakątków świata. No i powtarza się jedna myśl - nasze europejskie podejście do jedzenia jest koszmarne. Jedząc śmieciowo tracimy wiele wartości, siły, zdrowia, ale i też smaków, zapachów i piękna.  A zdrowe jedzenie jest  piękne i cudownie smaczne...






Zostawiam Was zatem z głodem, a sama wracam do kuchni...



Polecam
Anna M.












4 marca 2018

"Najlepszy" Łukasz Grass




Powrót po roku na bloga? Czemu nie... Niestety praca na dwa etaty i nauka angielskiego wieczorami sprawiły, że wpadłam w wir "praca - jeszcze więcej pracy" i zapomniałam totalnie o sobie. Na efekty nie trzeba było długo czekać - zmęczenie, wypalenie, przytyłam, zaczęłam częściej chorować. Przebudzenie przyszło też zupełnie niespodziewanie - ale to już zwierzenia na inny post... Jednym słowem - wróciłam...




Dziś książka i film, które mnie poruszyły szczególnie "Najlepszy" Łukasza Grassa


Mimo, że mam jeszcze ze 20 kg do zrzucenia, to nadal marzę o powrocie na ścieżki biegowe i chyba dlatego tak ciągnie mnie do tego typu literatury. Jednak książka Grassa to przede wszystkim zastrzyk energii i wiary w to, że zawsze można wyjść na prostą. To historia walki z własnymi demonami, uzależnieniem, opinią społeczną. Jerzy Górski pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych, a sport może być niezłą terapią... nawet w naszych codziennych małych słabościach, stresach i chwilach zwątpienia...








Takie osoby jak Jerzy Górski inspirują mnie, zwłaszcza wtedy, kiedy sama czuję, że czas coś zmienić w moim życiu.  Właściwie od dłuższego czasu widzę, że moje życie nie idzie we właściwym kierunku. Coraz więcej pracy i stresu z nią związanego zaczęło się odbijać na moim zdrowiu. I to nie przez ilość pracy, bo przecież kocham uczyć dzieci, ale przez moje podejście do tego wszystkiego.  Kiedy spostrzegłam, że przestałam czerpać radość z życia, przestałam się uśmiechać i znajomi zaczęli pytać, co się dzieje, zrozumiałam, że czas coś zmienić.  Był to przełom grudnia i stycznia, pomogły mi książki, spędzanie czasu na świeżym powietrzu, zajmowanie się sobą i swoimi potrzebami, a nie tylko potrzebami innych. Zwolniłam tempo życia, powoli przestaję przejmować się tym, na co nie mam wpływu, a efektywniej zarządzać czasem i zadaniami do wykonania.  Przypomniałam sobie, że przecież moje życie jest tak samo ważne, jak życie innych i pora poświęcić chwilę sobie, zamiast brać udział w bezsensownej gonitwie, bo wszyscy  dookoła ślepo biegną dają się wciągnąć w wir życia serwowany przez naszą chorą cywilizację. 



Jerzy Górksi pokazał mi, że warto mieć cel, nawet jeśli jest on początkowo mało realny. Warto skupić się na swoim życiu, by móc potem pomagać innym. Trzeba najpierw wyleczyć siebie i pokonać swoje słabości, trzeba zacząć naprawdę żyć.  Nikt tego za mnie nie zrobi, nikt nie zatroszczy się o mnie, jeśli ja sama rezygnuję z siebie. 



„W wieku 35 lat, po 14 latach narkomanii, ćpania niezliczonej ilości morfiny i heroiny, picia wódki i palenia 100 papierosów dziennie, po sześciu latach terapii, udowodniłem, że ograniczenia w ludzkim życiu stawiamy sobie sami. One istnieją tylko w naszej głowie. Ulegają im ci, którzy mówią zamiast działać".



Koniec z ograniczeniami, które sama sobie stawiam. Koniec z lękiem... 






Anna M.




13 maja 2017

„Minimalizm po polsku” Anna Mularczyk-Meyer






"Czas nie jest z gumy. Jeśli się chce mieć go więcej, trzeba lepiej nim gospodarować, a co za tym idzie - nauczyć się mówić <<nie>>"













Otworzyłam "Minimalizm po polsku" na dosyć przypadkowej stronie, chcąc przejrzeć najpierw jej zawartość, zanim się zagłębię w treść. I uderzyło mnie jak grom z jasnego nieba! To jest to! Uporałam się już ze sprzątaniem otoczenia - pozbyłam się wszystkiego, czego nie używam, co było zbędne i zaśmiecało mój świat. Ale to jeszcze nie dawało mi spokoju i wolności. Zaczęłam czytać książkę Anny Mularczy-Meyer i to jedno zdanie sprawiło, że poczułam jak odchodzi cały mój niepokój. Minimalizm i slow life to przede wszystkim oczyszczenie sfery duchowej i emocjonalnej, i autorka niesamowicie mi w tym pomogła. Rzeczy to tylko rzeczy - łatwo je wyrzucić, oddać, obyć się bez większości z nich. Ale uczucia? Emocje? Relacje? Okazuje się, że można żyć w minimalistycznym otoczeniu, ale ilość zajęć, bałagan w kalendarzu, nadmiar obowiązków, pogoń za złudnym sukcesem sprawiają, że nadal będziemy przytłoczeni światem. Jedynym rozwiązaniem wydaje się być wprowadzanie ograniczeń również w tej dziedzinie. Jest to o wiele trudniejsze, bo często niezauważalnie brniemy w toksyczne relacje, miotamy się między równymi aktywnościami, za dużo kupujemy, a w konsekwencji musimy na to więcej pracować. W dalszej kolejności zadłużamy się, aby zaimponować sobie i innym lub zrekompensować sobie zły dzień. Potem już tylko jak po równi pochyłej staczamy się w coraz większy chaos. Zaśmiecamy nasze umysły podobnie jak nasze domy. 


"Nie chcę ślizgać się po powierzchni, ograniczać do zdawkowych znajomości czy bezrefleksyjnego pochłaniania dóbr kultury. Wolę obejrzeć dwa razy ten sam spektakl - i go zrozumieć - niż być na bieżąco ze wszystkimi premierami. Mieć kilku sprawdzonych i życzliwych przyjaciół zamiast zastępów wirtualnych znajomych, na których nie będę mogła liczyć w trudnych chwilach"



Anna Mularczyk-Meyer zaleca zrobienie porządku w swoim wnętrzu, a w swojej książce również opowiada, jak sama przeorganizowała swój czas, jak zajęła się finansami, uwolniła od przymusu konsumpcjonizmu, a co za tym idzie, przestała pracować ponad normę, bo i przestała żyć ponad stan. Dotychczasowa pensja zaczęła jej wystarczać na skromniejsze, ale bardziej spokojne i szczęśliwe życie, mogła więc zrezygnować z udzielania korepetycji i w to miejsce zacząć spełniać swoje marzenia. Przestała ciągle oglądać się za siebie, gonić wczorajszy dzień i zarywać noce na nadganianie zaległych projektów. Oj jak bardzo mnie to zaciekawiło! Przecież to cała ja! Jakbym czytała o własnych problemach. Co więcej - też chcę uwolnić się od tego, co sprawia, że każdego ranka budzę się już zmęczona nadchodzącym dniem...! Przestać przejmować się opiniami innych, przestać żyć życiem, jakiego oni oczekują, a nie takim, którego ja pragnę. Przestać brać na siebie dodatkowe obowiązki, bo inni nauczyli się, że można na mnie zrzucić wszystko, a ja i tak nie odmówię i ogarnę.


"Zewnętrznym obserwatorom może się wydawać, że minimalizm skupia się wyłącznie na rzeczach. Jeśli jednak stosuje się go konsekwentnie, wykracza daleko poza sferę materialną i służy osiągnięciu spokoju ducha i jasności umysłu. Pozwala uświadomić sobie własną siłę, samodzielnie kształtować swoje otoczenie, nauczyć się żyć chwilą i w pełni doświadczać tu i teraz, bez oglądania się na przeszłość i ciągłego wybiegania myślami w przyszłość. Krótko mówiąc, minimalizm pozwala uprościć życie. Niektórym trudno w to uwierzyć, ponieważ są przekonani, że życie nie może być proste". 



Świat przyspiesza, a ja już nie chce biec, by za wszelką cenę dotrzymywać mu kroku. Jestem zmęczona ciągłym wyścigiem szczurów, narzuconymi przez innych wartościami, ciągłą potrzebą porównywania się i nieustanną rywalizacją na każdym polu...



"Zamiast pielęgnować w sobie poczucie niezadowolenia z tego, kim jesteśmy i w jakim okropnym kraju żyjemy, spróbujmy zacząć dostrzegać dobre strony. (...) Żeby jednak się cieszyć pięknem przyrody i czerpać radość z uroków jesieni czy zimy, trzeba najpierw je zauważać. Czyli zacząć być obecnym. gdy nie pamiętamy niedawno przeczytanych książek i obejrzanych filmów, gdy nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie szczegółów emocjonującej rozmowy i wydaje nam się, że Wigilię  i Wielkanoc dzielą zaledwie dwa tygodnie, to wyraźny znak,że żyjemy na autopilocie. Jeśli go nie wyłączymy, będziemy nadal jechać na piątym biegu, nie wiedząc nawet dobrze, w jakim kierunku zdążamy". 








Wyłączam zatem mojego autopilota i zaczynam żyć :)




"Jeżeli życie jest podróżą, nie chcę, żeby było wycieczką objazdową o napiętym programie. Chcę na każdym etapie mieć czas nacieszyć się widokami. Poznać dobrze swoich współtowarzyszy i dowiedzieć się czegoś o ludziach spotykanych po drodze. Zobaczyć coś więcej, niż oferuje standardowy pakiet atrakcji. Zawędrować na bezdroża i w rzadko odwiedzane zaułki. Iść w swoim tempie, niepoganiana przez żwawych animatorów". 





Anna M.





7 maja 2017

"Magia sprzątania" Marie Kondo



Żyję w małym, wynajętym mieszkanku na 12 piętrze. Nie mam nawet balkonu, choć okno balkonowe z barierką istnieje. Swoją drogą wiedziecie jak takie okno nazywa się w nomenklaturze biur wynajmu nieruchomości? To "balkon papieski"! Niewiarygodne, jak dobry marketing może zmienić ponurą  rzeczywistość na coś "ekskluzywnego". Doprawdy - szczęściara ze mnie - mam nie jakiś tam zwykły balkon, gdzie mogłabym posiedzieć latem, ale mam "balkon papieski"... Ale nie narzekajmy, jeszcze dwa lata temu wynajmowałam tylko mały pokoik, a teraz? Całe mieszkanie, i to z balkonem papieskim! 


Jednak po początkowym entuzjazmie samodzielnego mieszkania na "dużej" przestrzeni, zaczęłam się w nim dusić, ilość rupieci zwyczajnie mnie przytłaczała, nic nie mogłam znaleźć i zaczęłam się źle czuć... "duchowo". Po co ja mam tyle niepotrzebnych rzeczy, kiedy stałam się zbieraczem, inni nie mają tego wszystkiego, chce pomagać biednym, a sama co?  Ubrania leżą wszędzie, mam kilka zbędnych telefonów komórkowych, całą szafę starych plecaków i jeszcze więcej zakurzonych książek. KONIEC. Czas zmienić coś w moim życiu...  Dodatkowo jakiś czas temu zafascynowałam się nurtem minimalizmu, ale nigdy nie miałam odwagi wprowadzić go na swoje "podwórko". W jedzeniu - ok! "Slow Food" się sprawdziło. Ale prawdziwy minimalizm? Z jednej strony mnie fascynował, a z drugiej przerażał...


 

Książki KonMari spadła mi z nieba. Kupiłam ją, nie ukrywam, z lekkim zażenowaniem. Ja i książka w stylu "perfekcyjna pani domu" - porażka. Oj, jak bardzo się myliłam. Marie Kondo choć całe swoje życie zajmuje się profesjonalnym sprzątanie, więcej uwagi poświęca porządkowaniu swojej duszy, niż mieszkania. Pisze o radości życia w poukładanym i funkcjonalnym otoczeniu, o jasnym umyśle w jasnym domu. Obiecuje wolność od przymusu posiadaniu wielu rzeczy w zamian za kilkanaście godzin uczciwego sprzątania według jej wskazówek. Zaryzykowałam i ... nie zawiodła mnie. Wolność przychodzi już w trakcie pozbywania się niepotrzebnych rzeczy, ubrań, książek, nagromadzonych latami dokumentów. Umysł podąża za tym, co robimy i również układa swoje wspomnienia, myśli, troski i na nowo "odkurza" marzenia.






Zatem - książka KonMarie, sporo wolnego czasu (u mnie cały weekend) miotła, ścierka i dużo worków na śmieci.... 


ZACZYNAMY!  

UBRANIA


rzeczy odwiozłam do jednej z organizacji pomocowych


Zabrzmi to nieprawdopodobne, bo znana jestem  z tego, że ciągle chodzę w jeansach i T-shirtach, ale miałam tyle uzupełnienie już niepasujących na mnie ciuchów, że mogłabym otworzyć Lumpeks :) Moja znana powszechnie przypadłość - efekt jojo - sprawiła, że miałam w szafie rozmiarówkę od 38 do 52! Co więcej - często tą samą bluzkę w kilku rozmiarach! To mój genialny wynalazek - wydawało mi się, że jeśli noszę ten sam ciuch, to nie widać, że tyję, a ja powiększałam rozmiar bluzki czy spódniczki, a nikt nie wiedział o tym. Genialne! Wymaga to tylko opatentowania :) I choć w rozmiar 38 już nigdy się nie wcisnę, to marzyłam o nim latami. Nic z tego, niestety nie pomogło nawet powieszenie swego czasu sukienki na lodówce. W końcu wszystko wylądowało w wielkich workach i  komuś na pewno się przyda, często są to ubrania, które miałam tylko raz na sobie i ... jakoś mi się przytyło (doprawdy nagle!).


"Żeby móc w pełni cieszyć się rzeczami, które są dla ciebie ważne, musisz najpierw pozbyć się tych rzeczy, które spełniły swój cel. Wyrzucanie rzeczy, których nie potrzebujesz, nie jest ani marnotrawstwem, ani powodem do wstydu. Czy możesz z pełną szczerością stwierdzić, że cenisz coś, co leży na dnie twojej szuflady? Gdyby rzeczy miały uczucia, z pewnością nie byłyby z tego powodu uszczęśliwione. Uwolnij je z więzienia, pomóż im opuścić tę bezludną wyspę, na która je skazałaś. Puść je wolno z wdzięcznością. Nie tylko ty, ale i te przedmioty zyskają nowy blask"

Pierwszy raz w życiu mam w szafie tylko to, co na mnie idealnie pasuje... 


KonMari radzi, aby pozostawione rzeczy składać w charakterystyczny sposób i układać w szafie pionowo. Początkowo pomyślałam, że to dziwaczne, ale przyznaję - zajmują one w ten sposób o wiele mniej miejsca :) A widok poskładanych ubrań daje wytchnienie i organizuje naszą przestrzeń. Bezcenne!




KSIĄŻKI


Przez lata nagromadziłam potworne ilości książek. Wielu z nich nawet nie przeczytałam. Co kilka miesięcy tylko przerzucałam je z miejsca na miejsce, dbając tylko, żeby były należycie wyeksponowane. Cóż, wkradł się w moje życie mały snobizm - wiadomo, kto dużo czyta, musi być przecież mądry. Usiadłam zatem przed moimi regałami i zaczęłam rozmawiać z książkami, opowiedziałam im o moim szalonym pomyśle i ku mojemu zdziwieniu same się zgodziły. Chyba one równie miały dosyć leżenia latami na półce, pewnie wolą być przez kogoś czytane. Wstałam i zaczęłam wyjmować te, które miały zmienić właściciela. Na koniec wszystko spakowałam i zaniosłam do kilku regałów miejskich w nadziei, że ktoś się nimi zajmie. Kilka też zostawiłam w tramwaju. I powiem Wam jedno - niesamowicie oczyszczające doświadczenie. Teraz na półkach mam tylko to, do czego chcę wracać, co przez lata mnie kształtowało i nie powala o sobie zapomnieć :)





"Książki to tak naprawdę papier - kartki pokryte drukiem i połączone ze sobą. Mają one służyć jako lektury i źródło informacji dla czytelników. To zawarta w nich informacja jest znacząca, przez samo stanie na półkach nie nabierają one znaczenia. Czytamy książki, żeby doświadczyć czytania. Książki, które przeczytałaś, są już częścią twojego doświadczenia, ich treść żyje w tobie, nawet jeżeli tego nie pamiętasz. (...) Zatrzymaj tylko te książki, których sam widok na półkach cię uszczęśliwia, te, które naprawdę kochasz".






Jeszcze na koniec jedna rada:


"Ukryj porządki przed rodziną. W wyniku maratonu sprzątania powstaje góra śmieci. Na tym etapie niespodziewana wizyta eksperta od recyklingu pod postacią matki może wyrządzić więcej szkód niż trzęsienie ziemi" 



Święte słowa! Mieszkam jakieś 150 km od od domu rodzinnego, ale niestety coś wspomniałam w rozmowie telefonicznej o moim pomyśle. No i wpadłam po same uszy... Mama poradziła mi, żebym nie oddawała książek, ale ... schowała je do szafy, której nie używam - to przecież tak samo, jakby ich nie było...  ;)



DWA DNI PÓŹNIEJ...

Sprzątanie zajęło mi całe dwa dni. Zaczynałam o 6.00, kończyłam przed północą. Przez większość czasu... jeździłam windą.  Efekt przerósł moje oczekiwania. POLECAM...


mały pokój, kiedyś w nim mieszkałam, ale teraz pełni rolę garderoby


Moja droga do minimalizmu została rozpoczęta.... Niestety została mi do wysprzątania jeszcze kuchnia. Marie Kondo radzi, aby najtrudniejsze emocjonalnie rzeczy zostawić na koniec... Dojrzewam do tego...



Anna M.

P.S. Teraz czytam "Minimalizm po polsku" Anny Mularczyk-Meyer. Polecam również kanał na YouTube i blog Oresta Tabaki :)





2 maja 2017

"Życie pasterza. Opowieść z Krainy Jezior" James Rebanks






Opowieść Jamesa Rebanksa jest dla mnie bardzo osobistą historią - trochę moją własną, choć w zupełnie przeciwnym wydaniu. Z tego powodu czytałam książkę bardzo powoli, dokładnie i niemal z namaszczeniem. Odkładałam ją na kilka dni, aby po wielu przemyśleniach wrócić do lektury. Wiem, że zabrzmi to sloganowo, ale z pewnością zmieniła mnie i moje podejście do wielu spraw. Już od pewnego czasu czułam w kościach, że coś się we mnie zmienia. Ja - pierwsza buntowniczka w rodzinie, która zawsze chciała mieszkać w mieście, a nie na jakiejś wsi, potem uczyła się z całych sił, żeby ze wsi wyjechać, a jedyną możliwością utrzymania się na studiach było dodatkowe stypendium naukowe i poświecenie mojej mamy. Świat to było miasto, a miasto było całym moim światem... Do czasu... Historia autora jest zupełnie przeciwna. Rebanks od najmłodszych lat kochał swoją wieś, dom, życie pasterza. Nie skończył szkoły, jak wielu w jego stronach, bo wolał pracować i zajmować się owcami. Po jakimś czasie, trochę zmuszony, zdaje maturę, aby udowodnić wszystkim w rodzinie, że nie jest głupi, dostaje się na studia, ale nadal wraca do Krainy Jezior, by wreszcie na stałe osiąść na ojcowiźnie. 



"Wściekałbym się z tego powodu, gdyby nie to, że bardziej niż cokolwiek innego pomogła mi zobaczyć, kim jestem. Dzięki niej przekonałem się, że dla wielu ludzi nowoczesne życie jest do niczego. Że nie daje ono wyboru. Oferuje im przyszłość tak nudną, że nie mogą się doczekać weekendu, aby się upodlić. Wymaga od nich bardzo wiele, w zamian nie daje prawie nic. Nie widzi w nich żadnej wartości" (s.123)


Książka jest magiczna, pełna zapachów mojego dzieciństwa, krajobrazów wyjętych ze starych zdjęć i prawdy o życiu, której nie poznacie, jeśli nie wsłuchacie się we własne wnętrze. James Rebanks opisuje codzienność w Krainie Jezior, wieś, swoje sielskie dzieciństwo, studia na Oxfordzie, powrót na farmę i swoją pracę. Prawdziwa uczta i sentymentalna podróż na wieś, jaką pamiętam, gdzie czas odmierza się porami roku, wschodem i zachodem słońca. Zakochałam się w jego sposobie opowiadania o wydawałoby się prostym życiu, ale nic bardziej mylnego. Dla mnie jest to życie świadome celu, zgodne z naturą i dające pełnię, o której ja przez większość swojego tylko mogłam pomarzyć. Autor zabiera nas w niesamowitą wędrówkę po górach swego dzieciństwa, łąkach i pastwiskach. Przekazuje stare podania pasterskie i broni statusu pracy na roli jednocześnie obalając mity o wsi. 


"Byłem - i cały czas jestem - przekonany, że dom to najbardziej interesujące miejsce i wykonuje sie w nim najbardziej pożyteczne zajęcia. (...) Miałem wrażenie, że cały współczesny świat usiłuje pozbawić mnie takiego życia, jakie chciałem prowadzić" (s.116-117)







Jeszcze zanim wpadło mi w ręce kilka książek o powrocie do świadomego i spokojnego życia, wyczuwałam, że coś się dzieje. Miasto mnie męczy, ciągły wyścig szczurów, milion spraw do załatwienia na wczoraj, wszędzie ludzie, gwar i hałas.  Zaczęłam tęsknić za moim domkiem na wsi, choć przez jeszcze długi czas nie mam możliwości powrotu tam na stałe, to mam przecież mój domek na wakacje. Wymaga oczywiście gruntownego remontu, ale nie to jest ważne, samą mnie zaskoczyło powolne i jakby niezauważalne przesunięcie akcentów w moim życiu. Stopniowo dałam sobie spokój z byciem zawsze online, cała dobę pod telefonem, przestałam gonić za pochwałami w pracy, już nie interesuje mnie bycie wszędzie i nigdzie jednocześnie, ograniczyłam grono koleżanek i czas z nimi spędzany, a do tego wszystkiego uregulowałam swój tryb życia na o wiele spokojniejszy. Wyrzuciłam telewizor, bo uznałam, że nie muszę wiedzieć wszystkich serwowanych newsów ze świata. W zamian czytam mnóstwo książek, reportaży, felietonów. Starannie dobieram informacje. Pogodziłam się z faktem, że nie muszę mieć "super mocy" i ogarniać wszystkiego niczym perfekcyjna pani domu, perfekcyjna nauczycielka, idealna kobieta itd. Żyje na 100% i ani grama więcej. Daję sobie prawo do błędów, które potem naprawiam i wyciągam wnioski, staram się żyć świadomie "tu i teraz' i cieszyć się tym, co mam. Całkowicie "zrewolucjonizowałam" moją kuchnię, dotychczasowe diety wyrzuciłam do kosza, a postawiłam na gotowanie wszystkiego w domu, sama robię kefir, ser, masło, piekę chleb i gotuję z naturalnych produktów. I... ku własnemu zaskoczeniu.... chudnę. Chodzę na spacery i robię sobie drobne przyjemności, zamiast odkładać całą kasę na "święte nigdy".... Powoli odnajduję radość.







Książki o takim życiu, powrocie do korzeni, spokoju i podążaniu za odkryciem siebie i pokochaniem tego kim się jest, pozwoliły mi utwierdzić się w przekonaniu, że ja też chcę tak żyć... Przestałam się ograniczać murami miasta, przy czym miasto rozumiem nie jako miejsce, ale sposób patrzenia na świat, mentalność i hierarchie wartości. Nadal mieszkam w mieście i jeszcze pewnie długo tu będę, ale w moim małym M0 na 12 pietrze stworzyłam sobie moją oazę i nagle życie stało się o wiele prostsze, bardziej smakuje i każdego wieczoru wiem, że tak chcę żyć!







Polecam książkę "Życie pasterza" nawet najbardziej zdeklarowanym mieszczuchom! Zawsze to miła odskocznia od wszechogarniającego betonu...  Można się w jednej chwili z zatłoczonej miejskiej ulicy przenieść do spokojnej Krainy Jezior i zapomnieć o całym świecie... Ale ostrzegam - taka wyprawa jest niebezpieczna - można ją zakończyć poszukując w necie domku na wsi ... na sprzedaż... 





Anna M.





30 kwietnia 2017

Nowe dziecko w rodzinie :)




Kochani, znów mniej mnie tu było...



Kilka usprawiedliwień:

*  W szkole wchodzimy już na ostatnią prosta do wakacji, czyli szaleństwo wycieczek, wystawiania ocen proponowanych, poprawiania ocen, wywiadówek i tony dokumentacji...


* Powstaje własnie powolutku mój nowy blog (całkowicie o tematyce szkolnej... no prawie). Ale wiecie, coś w rodzaju "BELFER. Życie i twórczość..."   Nie oznacza to jednak rezygnacji z tego bloga, zwyczajnie muszę troszkę więcej czasu poświecić najmłodszemu dziecku....  Blog nosi dumna nazwę "MATMA  FOREVER"







Ale czytam, czytam... Ostatnio "Życie pasterza", "Szczęśliwy X" i "Mądrość pustyni". 

Pozdrawiam z zimnej i deszczowej Majówki :)

Anna M. 


















15 kwietnia 2017

"Wytrwać w biegu" R. Kałaczyński, R. Berkowska







Kilka dni temu naprawiłam moje stare i już mocno wysłużone buty do biegania - zwyczajnie w miejsce dziur naszyłam kolorowe motywy. Wczoraj po kilkuletniej przerwie wyszłam pobiegać - dziś chwilowo "umieram"..., ale tęsknię za bieganiem i wrócę do niego, choćby miało to bardzo długo trwać i równie bardzo boleć. Udało mi się w ostatnim roku schudnąć 27 kg, więc teraz pora powoli wrócić do tego, co kochałam. 









Kilka dni temu wpadła mi w ręce książka o bieganiu, a raczej o zmaganiu się ze sobą samym i o sile jaką daje sport. Książka niezwykła, bo napisana bardzo prosto, zwyczajnie, bez zbędnego idealizmu, bo napisana przez alkoholika, któremu bieganie uratowało życie. Ryszard Kałaczyński jest przykładem człowieka, który jeśli zechce może osiągnąć wszystko lub wszystko stracić. On wybrał pierwszą opcję, poprawka, był zmuszony wybrać ratowanie siebie, bo wcześniej  stracił siebie już bardzo mocno. Postawił zatem na bieganie, a były to lata, kiedy w Polsce raczej biegaczy wytykano palcami, a na małej wsi stał się wręcz obiektem kpin. Nie poddał się, biegał uparcie zamiast pić ze swoimi dawnymi kolegami spod sklepu z piwem. Biegał coraz więcej, choć pracował przecież ciężko w gospodarstwie, które zresztą ratował z długów.





Bieganie wycisza, uspokaja, pozwala spojrzeć na wszystko z dystansu. Przestają się liczyć kłopoty, a rozpoczyna się praca nad sobą, swoimi słabościami, które tylko pozornie są czysto fizyczne. W czasie biegu można poukładać sobie świat na nowo... Tęsknię za tym... Powrót do biegania nie jest taki prosty, mięśnie zapomniały jak się biega, mózg walczy o odrobinę lenistwa, a codzienne obowiązki wydają się zagłuszać wszystko inne. Dlatego cieszę się, że trafiłam na książkę "Wytrwać w biegu", ponieważ szybko zbiła argumenty mojego rozleniwionego ciała. Życie kanapowca może i jest łatwe, ale czy chcę tak spędzić życie? Mój mózg szybko zareagował walcząc o swoje: "przecież jesteś już za stara na bieganie". Hmmm, nastolatką nie jestem, to prawda, ale przecież biegać można w każdym wieku (pan Ryszard jest po 50-tce). Ok, ale mój niezawodny mozg wytacza kolejny argument, żebym dała sobie spokój: "nic ci to nie da, nie masz czasu na bieganie, nawet ze zwykłymi sprawami nie dajesz rady czasowo". Możliwe, ale przykład bohatera książki pokazuje, że jeśli dobrze poukładać sobie w głowie priorytety, to i te pół godzinki na bieg  na początku się gdzieś znajdzie. Ryszard Kałaczyński jest rolnikiem, codziennie ciężko pracuje, a mimo to, pobił Rekord Guinnessa - przebiegła 366 maratonów w 366 dni. Nie miał wielkich sponsorów, nie było telewizji, nie robił tego dla kasy. Ale miał cel - codziennie założyć buty i choćby nie wiem co się działo przebiec te 42 km. I udało się! Czego mnie to uczy? Nie ważne co robisz, gdzie jesteś, kim jesteś i jakie masz możliwości czasowe, finansowe - ważne, że chcesz, że robisz to, co kochasz i że robisz to tylko dla siebie.


Anna M.


LINKI

- oficjalna strona Ryszarda Kałaczyńskiego


- wywiad o bieganiu, życiu i motywacji do biegania





23 marca 2017

"Kato-botoks - Trzy sposoby odmładzania duszy" Szymon Hołownia




Ostatnio zrobiłam sobie przerwę od FB, od dłuższego czasu nie mam telewizora, nie czytam informacji w Internecie, nie interesuje się lokalnymi plotkami. Zdarza mi się po pracy wyłączyć telefon i zwyczajnie żyć. Dlaczego? Chyba zmęczyło mnie to wszystko, co serwują reklamy, nie mam ochoty już podporządkowywać się określonym modom i trendom, nie chce mi się obsesyjnie zabiegać o opinie innych osób, a ich zdanie na mój temat mało mnie już obchodzi. Zemdliła mnie ta cała komercyjna papka... Zamiast "rozmieniać się na drobne" postanowiłam skupić się na tym, co w życiu najważniejsze... I jak zwykle Szymon Hołownia trafił w "10" z momentem publikacji swojego pierwszego audiobooka. 

Dziś świat nie potrzebuje kolejnych motywujących liderów – nasz świat potrzebuje ukojeniana które najlepszym sposobem jest specjalna „potrójna recepta”. - SZYMON HOŁOWNIA



OD WYDAWCY

Zobowiązania, kredyty, poczucia niepewności, samotność, szalone tempo życia. Te wszystkie zmartwienia dnia codziennego sprawiają, że pojawiają nam się zmarszczki… Nie tylko te mimiczne, ale znacznie poważniejsze – zmarszczki na duszy, przez które czujemy, że powoli umieramy. Od tysięcy lat ulegamy tym samym skłonnościom: pożądliwości oczu, pożądliwości ciała i pysze. Nie jesteśmy jednak skazani na ich niszczący wpływ, istnieje bowiem kato-botoks, czyli sprawdzona przez lata potrójna recepta. Jest nią: post, modlitwa i jałmużna. Jeśli te trzy pojęcia kojarzą Ci się z życiorysem średniowiecznych świętych… to jest to dla Ciebie genialna okazja odświeżenia swojej codzienności człowieka XXI, gdzie obok Facebooka i wirtualnej rzeczywistości, zwyczajnie chcemy czuć, że nasze życie jest dobre i ma sens.





Przesłuchałam od początku do końca, od końca do początku i jeszcze wybiórczo poszczególne fragmenty. Potem usiadłam i zaczęłam się na poważnie zastanawiać, jak to się stało, że w pędzie życia zagubiłam siebie, dlaczego cały czas wmawiałam sobie, że przecież to wszystko co robię, robię dla siebie, z myślą o sobie itd. itp. Co za brednie!!! Odnalezienie się w tym życiowym bałaganie zajęło mi trochę czasu, teraz zaczynam to wszystko sprzątać, trzeba wyrzucić niepotrzebne rzeczy, emocje, relacje, i na nowo poukładać sobie życie. Nie, nie, kochani - nie na podstawie książki Hołowni, czy kogokolwiek innego, ale w szczerej rozmowie ze samą sobą, mając w ręce moją starą, wytartą i jakoś zwyczajnie wybrudzoną Biblię, ale i idąc za wskazówkami autora "Kato-botoksu". Zresztą od kilku dobrych miesięcy moje życie się powoli zmienia. Niestety nie tak szybko, jakbym chciała, bo pewne sprawy wymagają jeszcze pozamykania, a niektóre mosty trzeba spalić, ale powolutku zawracam na właściwe tory. 



Audiobooka polecam ze szczerego serca - ale uwaga, mnie Hołownia tak kopnął w tyłek, że długo nie mogłam siedzieć. Nie będę tutaj streszczała tego, co autor miał na myśli, bo każdy sam musi się zmierzyć z tym, co kryje się w zakamarkach jego duszy, serca, czy jak tam chcecie sobie to miejsce nazywać. Ale to jazda bez trzymanki tylko dla odważnych, czyli dla tych wszystkich, którzy nareszcie chcą zacząć żyć, oddychać pełną piersią i być zwyczajnie "tylko", a może "aż" ludźmi. 



Anna M.









19 marca 2017

"Chata" William P. Young / czyli Kto się naprawdę z życiu liczy...



"Przez większość czasu twardo stoję przy nim, ale w inne dni - kiedy świat betonu i komputerów wydaje się jedynym realnym - tracę orientację i zaczynam mieć wątpliwości"




Identyfikuję się z tymi słowami w 100%. Dlatego sięgnęłam po "Chatę", zresztą ostatnio sporo czytam tego typu literatury. Wróciłam też do czytania Biblii - po kilku latach usprawiedliwiania się, że przecież nie mam czasu, że inne równie ciekawe książki czekają, że może jutro, bo dziś mam jeszcze do poprawienia sprawdziany. A czas mijał i ja sama zaczęłam odczuwać, że duszę się w świecie betonu i komputerów. 


Potrzebowałam swojej własnej chaty, miejsca w sercu, gdzie chowam wszystkie codzienne smutki, miejsca, które przeraża ogromem swojej historii i dramatu, ale może być miejscem na nowy początek.  


Nie będę opowiadała o książce, myślę, że historia jest dosyć znana, w końcu "Chata" znajdowała się przez 49 tygodni na pierwszym miejscu listy bestsellerów New York Timesa. Zresztą krótką notkę od wydawcy zamieszczę na końcu wpisu. Dla mnie ważna była sama lektura i stopniowe odkrywanie dawno już zapomnianych prawd. I nie mówię tu o różnych alegoriach, sposobie przedstawienia Boga, czy wyjaśniania trudnych kwestii dogmatycznych w sposób przystępny dla kompletnie "zielonego" czytelnika (choć jako teolog i biblista przyczepiłabym się do kilku uproszczeń). Pod tym pierwszym zachwytem kryje się prawdziwa wędrówka, do której zapraszają mieszkańcy chaty. 


"Uczysz się jak żyć kochanym. Ludziom nie jest łatwo to pojąć. Ty zawsze miałeś kłopoty z dzieleniem się. - Jezus zaśmiał się i mówił dalej: - Ta więc chcemy, żebyś wrócił do nas, a wtedy my przyjdziemy, urządzimy w tobie swój dom i zamieszkamy razem. To prawdziwa przyjaźń, a nie wyimaginowana. Będziemy wspólnie podróżować przez życie, twoje życie, prowadzić dialog. Ty zaczniesz czerpać z naszej mądrości, a my... będziemy wysłuchiwać twoich narzekań, gderania, pretensji i..." (s.198)


Taki obraz relacji z Bogiem jakoś do mnie zawsze przemawiał. Nie wciskanie się w pobożnościowe modlitewki i paplanie bezmyślnych formułek, ale wspólna relacja, fascynująca podróż i prawdziwa przyjaźń. Takie zaufanie, że można zwyczajnie usiąść wspólnie przy kawie z ciachem i pogadać, pośmiać się, ale i ponarzekać (to akurat częste u mnie). Zbyt daleko idące uproszczenie? Możliwe, ale przecież wiara jest zachętą do prostoty w tym dobrym tego słowa rozumieniu. Uważam, że w świecie, w którym jesteśmy zalewani ogromem niepotrzebnych informacji, a nasz umysł rozpraszany krzykliwymi bodźcami, potrzebna jest taka chata, gdzie w ciszy i spokoju możemy posłuchać siebie i Boga. Może rozmowa z Nim na początku będzie pełna pretensji, wyrzutów i zwykłej wściekłości, jak u naszego bohatera, ale później czas i miłość zacznie zmieniać naszą relację.


" - Gdy siedzę tutaj z tobą, nie wydaje mi się to wszystko takie trudne. Ale kiedy pomyślę o swoim normalnym życiu w domu, nie wiem, jak mógłbym spełnić twoją prośbę. Jak każdy dążę do tego, aby mieć nad wszystkim kontrolę. Polityka, ekonomia, system społeczny, rachunki, rodzina, zobowiązania... potrafią przytłoczyć człowieka. Nie wiem, jak to zmienić.
- Nikt tego od ciebie nie wymaga (...) Ja chcę jedynie, żebyś powierzył mi to, co masz, i zaczął obdarzać ludzi wokół siebie taką samą miłością, jaja nas łączy. Nie musisz ich zmieniać ani przekonywać. Masz ich kochać bez żadnych warunków czy planów" (s.204)


kadr z filmu "Chata"




Książka nie jest może najwyższych lotów, ale warto się w nią zagłębić, chociażby tylko po to, żeby sobie przypomnieć, co oznacza życie w harmonii, przyjaźni, czy prawdzie. Na jedną chwile można zapomnieć o troskach dnia codziennego, nieustannej bieganinie i gonitwie za czymś, co tak naprawdę wcale się nie liczy. A co jeśli powiem, że to prawda? Ciągle szukamy w życiu czegoś, co nie daje spełnienia: kolejne awanse, uznanie, pieniądze, inny samochód, nowe ciuchy. Kiedy wreszcie będziemy nasyceni? Nigdy, bo wszechobecny wyścig szczurów nie może nas wypełnić pokojem. Przeciwnie, kierowanie się opiniami i oczekiwaniami innych wprowadza tylko chaos w nasze życie. Sama tego ostatnio doświadczyłam. Zupełnie pogubiłam się w ludzkich osądach, w tym co mam robić, a czego nie, bo to podoba się lub nie komuś, kogo zdanie tak zwyczajnie nic nie znaczy w kontekście świata, życia, wieczności. Przestałam ufać sobie, a zaczęłam z lękiem patrzeć w przyszłość. Ale w porę zorientowałam się w jaką machinę zostałam wciągnięta. Powiedziałam sobie: dosyć! I wracam do tego, co się liczy...

"Mark, jeśli coś się liczy, wtedy wszystko się liczy. (...) Ponieważ ty jesteś ważny, wszystko, co robisz jest ważne. Za każdym razem, kiedy wybaczasz, świat się zmienia, za każdym razem, kiedy wkładasz w coś serce, świat się zmienia, każdy dobry uczynek, widoczny lub niewidoczny, jest spełnieniem moich celów i później już nic nie jest takie samo" (s.265)



Anna M.






OD WYDAWCY

Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana, ale ciała dziewczynki nie odnaleziono. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend. Wbrew rozsądkowi Mack przybywa do chaty w zimowe popołudnie i wkracza do swojego najmroczniejszego koszmaru. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie. 

W czasach, gdy religia staje się coraz mniej istotna, „Chata” zmaga się z ponadczasowym pytaniem: „Gdzie jest Bóg w świecie tak pełnym niewysłowionego bólu?”. Odpowiedzi, które dostanie Mack, zadziwią Was, i być może odmienią tak jak jego. 












15 marca 2017

Belfer na diecie...



Na jakiejś diecie jestem chyba permanentnie od czasu studiów, zostałam nawet niedoścignionym przykładem efektu jo-jo ;) Chudnę, tyje, chudnę, tyję, tyje i potem znów chudnę... a lata lecą... Motywacja dla każdej próby była inna: rok 2004 - znaleźć faceta, 2006 - sprawić, żeby koleżanki pękały z zazdrości, 2010 - chciałam wyjechać na misje, 2016 - założyłam się z mamą o kasę (i wygrałam).


Obiecałam sobie jednak, że ten ostatni raz schudnę tak na stałe i tylko dla siebie. Mam jeszcze 20 kg do zrzucenia i chciałabym wreszcie wrócić do ukochanego niegdyś biegania. 



Dlaczego jem? Hmmm - bo kocham jeść, a chyba jeszcze bardziej uwielbiam gotować i piec ;) Nic tak nie poprawia mi humoru, jak muffinki, i nic tak nie cieszy, jak widok rosnącego ciasta drożdżowego. No i oczywiście nic tak nie dołuje, jak pękające na tyłku spodnie... Po długich przemyśleniach postanowiłam postawić na morderczy trening P90X i INSANITY, robiłam ten program kilka lat temu i jakoś przeżyłam, choć nie skończyłam go... Tym razem jednak jestem bardzo zdeterminowana i nie odpuszczę. Przeczytałam masę książek o zdrowym jedzeniu i ćwiczeniach (to właśnie robiłam, gdy mnie tu nie było... no może poza "szalonym" czasem w szkole), na Youtube widziałam chyba wszystkie filmiki z poradami ekspertów o P90X, zakupiłam potrzebny sprzęt (przy INSANITY nie był mi wcześniej potrzebny) i do dzieła ;)


zrobienie batoników na początku diety nie wróży może sukcesów, ale spokojnie, dam radę... 



Zrobiłam sobie m.in. domowe batoniki proteinowe, bo jedno jest super w tym programie - podczas jednej sesji traci się nawet 1000 kcal, zatem mogę jeść słodkości (oczywiście umiarkowanie)... i nadzieja na kawiusie z ciachem nie umiera...


Ciasto czekoladowe z czerwonej fasoli :)



Polecam też książki:

Roll Rich "Ukryta siła"

Jurek Scott  "Jedz i biegaj" 

Wellington Chrissie "Bez ograniczeń" 




Będziecie trzymać kciuki??? Jest tam kto???


Anna M.





10 lutego 2017

„Adwokat” Randy Singer



Jezus widziany oczami rzymskiego prawnika? Proces Pawła z Tarsu opisywany zza kulis? Ewangelia spisana jako pismo prawnicze w celu obrony Apostoła? 




Czemu nie! Dla mnie genialne!


Taka jest właśnie książka Singera "Adwokat". Jest tu mnóstwo wątków historycznych dotyczących Rzymu i Jerozolimy. Autor bardzo dokładnie odtworzył też starożytne zwyczaje zarówno te religijne, jak i społeczne czy sądowe. Przyznam, że przeczytałam ją jednym tchem i polecam ją innym. Nie byłabym sobą gdybym jednak nie napisałam kilka osobistych refleksji...




Zawsze byłam osobą głęboko wierzącą, ale teraz z perspektywy czasu wydaje mi się, że moja wiara była bardzo płytka, oparta bardziej na tradycji i przyzwyczajeniach niż na relacji z Bogiem. Potem zdarzyło się kilka złych wyborów życiowych i otworzyły mi się oczy. W religii nie chodzi wcale o ilość odmówionych modlitw, obecność na każdym nabożeństwie czy gimnastykowanie się z przykazaniami. Chrześcijaństwo to relacja, związek, intymność z Kimś, kto jest dla nas najważniejszy. I jak w każdym związku zdarzają się chwile euforii, intymności, radości, ale i ciche dni, kłótnie, czy chęć rzucenia wszystkiego.  Zrozumiałam to kilka lat temu i od tego czasu pracuję nad tym związkiem.



Lubię czytać książki o tematyce religijnej, kocham oglądać filmy i rozmawiać z przyjaciółmi na ten temat. Uwaga: książki i filmy muszą mnie zaskoczyć, a że jestem z wykształcenia biblistka, niełatwo to osiągnąć. Wybieram zatem zawsze pozycje traktujące o religii nie w sposób oczywisty, paciorkowy i dewocyjny. Nic tak mnie nie złości jak filmy o Jezusie przedstawiające Go w białych szatach, nieziemsko przystojnego i już za życia odczłowieczonego. Natomiast książka "Adwokat" wpisuję się według mnie w ten dobry trend przedstawiania historii chrześcijaństwa w zupełnie normalny, spokojny i ludzki sposób. Mamy tutaj Jezusa, który zachwyca rzymskiego prawnika, a jednocześnie jest dl niego zupełnie niezrozumiały ze swoją religią. mamy wreszcie ogarniętego misją głoszenia Słowa Pawła. Kim jest Paweł? My znamy go wyłącznie z Biblii, czasem nieświadomie ograniczany jego życie do tych kilkunastu opisanych wydarzeń. Tymczasem to zwykły człowiek, jak ja i ty, który marzył o czymś, bał się, kochał życie i nade wszystko wierzył Bogu. Ale to nie wszystko, widzimy też całą drogę, jaką musi przejść nasz bohater, Teofil, od spotkania z Jezusem do poznania Pawła. I tu pozostawię was samych, bo ta droga dotyczy każdego z nas...


Anna M.











Recent Posts